Posty

30 lat grania w RPG

Pamiętam, że to był dość ciepły, choć pochmurny dzień. Zapowiadało się na srogi deszcz, ale z ulewy nic nie wyszło. Jedynie pojedyncze krople bębniły o szybę, kiedy rozpakowywałem oczekiwany od dawna podręczniki. W końcu! Warhammer Fantasy Role Play - Edycja Polska trafił do mojego domu. Już wkrótce razem ze starszym bratem i znajomymi mieliśmy rozpocząć wędrówkę przez ten ponury świat pełen niebezpiecznych przygód. Mój pierwszy bohater nazywał się Randall Van Cliff, był gladiatorem z wysoką Siłą i niezłą Walką Wręcz, a podczas pierwszej sesji (oczywiście rozgrywaliśmy Kontrakt Oldenhallera) stracił dwa palce. Było fenomenalnie! W RPG wsiąkłem już wiele miesięcy wcześniej, odkąd zacząłem zbierać Magię i Miecz. Wypatrzony przypadkiem w kiosku magazyn (numer #4) reklamujący się dodatkiem do ulubionej planszówki okazał się być bramą do fantastycznego hobby. Rzutem na taśmę udało się zdobyć poprzednie numery. Czekanie na kolejne były mordęgą. Nie przeszkadzało mi, że dopiero czytam o grach...

Council of Wyrms - rzut oka

Słyszałem sporo dobrego o Council of Wyrms. Pomysł settingu, w którym gracze wcielaliby się w role smoków jest fantastyczny i nie byłem w stanie wyobrazić sobie, jak można było skopać ten pomysł. Zwłaszcza dysponując niemal 200 stronami na opisanie świata oraz modyfikacji mechaniki (w tym wypadku drugiej edycji AD&D). To się nie mogło nie udać. To się nie udało. Council of Wyrms jest ciekawostką, na którą szkoda marnować czas. Być może w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku był super produktem, który przyciągnął tysiące fanów (w tysiące wierzę, w dziesiątki tysięcy już nie), ale brzydko się zestarzał. Sprawia wrażenie nieprzemyślanego, nieprzetestowanego, ale też razi naiwnością przykładowych scenariuszy. Lepiej byłoby już rozpisać na kolanie współczynniki smoków w oparciu o bestiariusz dowolnej edycji D&D i pograć np. w Zapomnianych Krainach, niż męczyć się z Council of Wyrms. Nie oceniam mechaniki - wątpię czy dziś ktoś niebędący wielkim fanem AD&D 2ed kupowałby ten...

The Elder Elemental Eye – recenzja

Czwarta edycja Dungeons & Dragons miała świetne wsparcie w postaci elektronicznych wydań Dungeon i Dragon Magazine. Gracze dostawali co miesiąc nowe opcje mechaniczne, zaś MG potwory, magiczne przedmioty, porady dotyczące prowadzenia oraz przygody. Po rozpoczęciu nowej kampanii w 4e zdecydowałem się oprzeć przede wszystkim na gotowych scenariuszach. Na start wybrałem przygodę Elder Elemental Eye przeznaczoną dla bohaterów na poziomach 1-3. Drużyna wykonała najpierw inne, poboczne zadanie, wskutek czego rozpoczęliśmy rozgrywanie Starszego Oka Żywiołów już po awansie na 2. poziom. Ułatwiło mi to zadanie, ponieważ w grupie mam 4 osoby, zaś scenariusze do 4e są przygotowywane z myślą o 5-osobowej grupie. Na wszelki wypadek  ostrzegam o spojlerach . Odnoszę się w tekście bezpośrednio do treści przygody. Jeśli więc zamierzacie w nią zagrać, lepiej będzie zapoznać się z recenzją już po rozegraniu scenariusza. Elder Elemental Eye liczy sobie nieco ponad 50 upakowanych przydatną treścią...

Bezsensowna śmierć postaci

Bohater wspina się na wysokie drzewo by rozejrzeć się po okolicy. “To będzie łatwy test” mówi MG na chwilę przed tym, jak gracz wyrzuca krytyczną porażkę. Postać spada z kilkunastu metrów i ginie na miejscu. Jaka bezsensowna śmierć. Czy upadek z tego drzewa popchnął opowieść do przodu? Był interesującym zwieńczeniem historii bohatera? Może przynajmniej konsekwencją podjętego wyzwania? Nie. Postać spadła, bo chciała zorientować się w terenie i teraz wszyscy mają problem. Gracz musi tworzyć nową, MG wprowadzić do kampanii, a na koniec grupa powinna się zintegrować na nowo. To w najbardziej optymistycznym wariancie, bo pesymistyczny jest taki, że przygoda była oparta na postaci, która właśnie wyzionęła ducha. Inny przykład. Grupa przyjęła poboczne zadanie – zbadanie nawiedzonej, opuszczonej fortecy. W trakcie eksploracji spotyka ożywieńca, dawnego generała przeklętego by bronić umocnień nawet po śmierci. Podczas walki na murach nieumarły spycha jedną z postaci w przepaść. Ta ginie na miej...