30 lat grania w RPG
Pamiętam, że to był dość ciepły, choć pochmurny dzień. Zapowiadało się na srogi deszcz, ale z ulewy nic nie wyszło. Jedynie pojedyncze krople bębniły o szybę, kiedy rozpakowywałem oczekiwany od dawna podręczniki. W końcu! Warhammer Fantasy Role Play - Edycja Polska trafił do mojego domu. Już wkrótce razem ze starszym bratem i znajomymi mieliśmy rozpocząć wędrówkę przez ten ponury świat pełen niebezpiecznych przygód.
Mój pierwszy bohater nazywał się Randall Van Cliff, był gladiatorem z wysoką Siłą i niezłą Walką Wręcz, a podczas pierwszej sesji (oczywiście rozgrywaliśmy Kontrakt Oldenhallera) stracił dwa palce. Było fenomenalnie!
W RPG wsiąkłem już wiele miesięcy wcześniej, odkąd zacząłem zbierać Magię i Miecz. Wypatrzony przypadkiem w kiosku magazyn (numer #4) reklamujący się dodatkiem do ulubionej planszówki okazał się być bramą do fantastycznego hobby. Rzutem na taśmę udało się zdobyć poprzednie numery. Czekanie na kolejne były mordęgą. Nie przeszkadzało mi, że dopiero czytam o grach fabularnych - byłem pewien, że prędzej czy później dostanę w swoje ręce Warhammera i zacznę grać w hobby, które zostanie ze mną na długie lata.
Pamiętam jak dziś fantastyczne recenzje i omówienia kolejnych systemów - GURPSa, Amberu, Advanced Dungeons & Dragons, Pendragona, Ars Magici, Cyberpunka 2020. Nie było szansy ich zdobyć w mojej rodzinnej Stalowej Woli, a nawet gdyby w jakimś sklepie cudem pojawił się jeden z nich, pozostawała jeszcze bariera językowa. Nie przeszkadzało nam to jednak bawić się znakomicie, przynajmniej do rozpadu pierwszej grupy. Potem trafiałem często na toksycznych MG, ale i ten etap przetrwałem.
Były kolejne systemy, pierwsze konwenty i nowe drużyny, przeprowadzka do Krakowa, przejście na granie online po tym, jak urodziła mi się córka, po pewnym czasie powrót do sesji na żywo… i tak zleciało 30 lat. Mam nadzieję, że przede mną co najmniej drugie tyle.
Trzydzieści lat to wystarczająco dużo czasu, żeby zorientować się jakie RPG bawi mnie najlepiej. Dziś z całą pewnością mogę powiedzieć, że jestem erpegowym dziadem, który porusza się wyłącznie w obrębie swojej strefy komfortu i nie ma zamiaru wychylać się z niej nawet na kwadrans. Nie wspominam z nostalgią “starych, dobrych czasów” tylko z jednego powodu - ciągle mam je przy sesyjnym stole. Mimo tego bagażu doświadczenia to prowadzenie sprawia mi najwięcej frajdy - zwłaszcza teraz, kiedy gramy kampanię w D&D 4e, gdzie przygotowania do sesji do czysta przyjemność.
Gdybym miał ze swojej perspektywy dać jedną radę, brzmiała by “Baw się dobrze i graj fair”.
Lubisz jednostrzałówki? Graj jednostrzałówki. Najbardziej podoba Ci się druga edycja AD&D? Prowadź ją i nie przejmuj się edycyjnymi wojnami. Rozgrywasz Wewnętrznego Wroga na Old-School Essentials i obawiasz się, że ktoś zacznie Cię wytykać, że to nie jest prawdziwy OSR? Miej go gdzieś. Dopóki bawicie się wszyscy dobrze, wszystko jest okej, a metka “OSR” jak każda inna, ma marginalne znaczenie.
Pamiętaj tylko, by być fair. Nie oszukiwać przy stole, respektować ustalone reguły, dbać o punktualność i za dobrą zabawę wszystkich uczestników. Ja sam wliczam w to zaangażowanie w sesję oraz naukę zasad - to najprostszy sposób na odciążenie prowadzących. A MG również powinni się dobrze bawić.
Komentarze
Prześlij komentarz